Strona Główna »
Autorzy »
Artykuły »
Opowiadania »
Poezja »
J.R.R. Tolkien »
Aforyzmy »
Magia »
Zjawiska Paranormalne »
Manie i Fobie »
Przyjaciele »
Symboliki »
Ankieta »
Sennik »
Odmienne stany świadomości »
Sentencje»

Galeria »
Download »
Rzeźba »




Dairuhn - mart I

I

Był piękny, wiosenny dzień. Słońce wzbiło się ponad szczyty gór ukazując w całej okazałości ciągnącą się pomiędzy licznymi wzniesieniami zieloną dolinę Falmon. Jej środkiem wiła się wydeptana dróżka, a podążał nią wysoki, postawny młodzieniec. Rześki powiew wiatru dmuchał na jego strudzoną wędrówką twarz. Maszerował już od kilku dni bezleśnymi łąkami i coraz to wyższymi pagórkami, gdy nagle zatrzymał się widząc zmierzającą w jego kierunku grupę jeźdźców. Niezmiernie ucieszył się, bo od kilku dni nie widział nikogo, lecz dla bezpieczeństwa ścisnął rękojeść swego miecza i ruszył przed siebie. Po chwili sześciu jeźdźców na białych koniach stanęło naprzeciwko niego.

-Kim jesteś i czego szukasz w tych stronach - zapytał jeden z nich. Po jego postawie i uzbrojeniu można było poznać, że jest on dowódcą.
-Jestem Dairuhn, syn Diora - odpowiedział - A szukam jedynie schronienia i ciepłego posiłku. A kim ty jesteś, że pytasz?
-Nazywam się Feo i jestem dowódcą tego oto oddziału - powiedział wskazując na pięciu stojących za nim rycerzy - Szukamy zbiegłych przestępców. Czy nie widziałeś może kogoś?
-Nie, od kilku dni nie spotkałem żywej duszy. A czy wy nie wskazalibyście mi drogi do najbliższego miasta lub wsi.
-O pół dnia stąd znajduje się miasto, z którego wyruszyliśmy. Znajdziesz tam nocleg i coś do jedzenia - rzekł wskazując na drogę, którą przybyli.
-O ile dobrze zrozumiałem, mam iść na południe.
-Dokładnie, ale musisz dotrzeć tam przed zmierzchem, bo potem bramy miasta są zamykane.
-A, więc dziękuję i do widzenia.
-Żegnaj - krzyknął Feo

Jeźdźcy ruszyli galopem przed siebie a Dairuhn we wskazanym przez nich kierunku. Szedł długo ponad pół dnia krętymi ścieżkami i wzniosłymi pagórkami. Malownicze krajobrazy zachęcały by, choć na chwilę zatrzymał się i na dłużej utrwalił sobie w pamięci te tereny. Lecz dobrze wiedział, że musi dotrzeć do miasta przed zachodem słońca. Co jakiś czas starał się przyśpieszać, lecz kroki stawiał z coraz większą trudnością, a skutki kilku dniowego marszu dawały mu we znaki. Czuł jak ogrania go zmęczenie, a bagaż staję się coraz cięższy. Ciemność powoli ogarniała całą dolinę, a Dairuhn nosił się z zamiarem spędzenia jeszcze jednej nocy pod gołym niebem, gdy nagle spostrzegł przed sobą wyłaniającą się zza wzniesienia wysoką wieżę i drewniany mur ją otaczający. Znużenie tek zmąciło jego umysł, że nie zobaczył on miasta. Ale teraz wstąpiły w niego nowe siły, przyśpieszył i nim się obejrzał stał już przed wielką bramą miasta. Mocno zastukał, a po chwili dało się słyszeć ostry głos odźwiernego:

-Czego szukasz w Endenie o tej porze?
-Poszukuję noclegu.
-Nie wiesz, że po zmierzchu nikogo nie wpuszczamy od miasta.
-Wiem, ale kapitan Feo, którego spotkałem nakazał mnie wpuścić.
-Kapitan Feo, powiadasz. Jeżeli tak kazał to wchodź.


Odźwierny otworzył bramę, a Dairuhn zobaczył nieco przygarbionego mężczyznę o jednym oku i ponurym wyrazie twarzy.

-Wchodź - powiedział - Zaprowadzę Cię do gospody, tam będziesz mógł odpocząć.

Dairuhn szedł za odźwiernym, niepewnie stawiając kolejne kroki po grząskim terenie. Droga ciągnęła się długo i już miał spytać przewodnika ile jeszcze będą szli, gdy ten zatrzymał się przed budynkiem, z którego dochodziły wesołe odgłosy. Na drzwiach wisiała tablica: "Pod Tańczącym Ogrem".

-To jedyna tawerna w tym mieście

To rzekłszy oddalił się tak szybko, że Dairuhn nie miał okazji mu podziękować. Wszedł, więc do karczmy. Panowała tam świetna atmosfera, ludzie śpiewali, grali, tańczyli, pili piwo i gawędzili. Lecz Dairuhnowi potrzebny był jedynie sen. Podszedł, więc do karczmarza i rzekł:

-Poszukuję noclegu. Czy nie macie może jakichś wolnych miejsc?
-Ależ oczywiście, że są. Wskazać panu pokój od razu, czy najpierw pan coś zje.
-Owszem, zjem, co nie co. Od kilku dni nie miałem nic w ustach.

Karczmarz zaprowadził Dairuhna do wolnego stolika na końcu sali, po chwili przyniósł różnego rodzaju potrawy i piwo. Gdy najadł się do syta udał się do wskazanego przez gospodarza pokoju. Od razu położył się i zasnął nie zważając na dochodzące z dołu odgłosy.


II

Dairuhna obudziły przebijające się przez zasłony promienie słońca. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. Był piękny dzień, miasto tętniło życiem, po jego ulicach przechadzało się mnóstwo ludzi. Zasunął zasłony i rozglądnął się po pomieszczeniu, w którym nocował. Był to niewielki, aczkolwiek bardzo przyjemny pokój. Przy oknie znajdowało się łóżko a koło niego mała półka z świeczką. Po przeciwnej stronie pokoju, obok drzwi stała duża szafa i miska z świeżą wodą. Dairuhn przebrał się i obmył, po czym zszedł na dół, do gospody. Nie było tam nikogo, prócz karczmarza sprzątającego po wczorajszym wieczorze.

-Czy podać panu śniadanie? - spytał odchodząc od właśnie pozmywanego stolika i zapraszając do niego Dairuhna.
-Chętnie bym coś zjadł.

Śniadanie podane przez karczmarza było nieco mniej obfite, niż wczorajsza kolacja. Parę jajek na bekonie, kawałek chleb i dzbanek kawy. Lecz Dairuhn jadł ze smakiem starając się zagadać gospodarza.

-Jeśli się dobrze orientuję, jestem w Edenie.
-Tak się nazywa nasze miasto - odparł karczmarz - Jedyne w promieniu stu mil.
-Chciałbym się dowiedzieć, czego bliższego o tym mieście i jego okolicach. Czy mógłby pan mi o tym trochę powiedzieć?
-Oczywiście, że mogę. Miasto, Enden jest jedynym miastem wokół pięknej doliny Falmon. Rządzi tutaj burmistrz Leo, ale władzę tak naprawdę sprawuję jego brat Feo. To on zaprowadza porządek w mieście i wymierza kary zbrodniarzom.
-Miałem okazję spotkać go po drodze - przerwał Dairuhn
-Tak? Gdzie?
-Wczoraj w południe spotkałem dowodzony przez niego oddział. Mówił, że szuka jakichś zbiegłych przestępców.
-A tak, coś obiło mi się o uszy. Podobno z aresztu uciekło trzech złodziei.
-Czy wielu jest tutaj takich zbójów?
-Ostatnio przestępczość wzrasta. Do miasta nadciągają zorganizowane grupy, które grabią, kradną, a nawet palą domy.
-A, w jaki sposób dostają się do miasta. O ile mi wiadomo bramy są zamknięte.
-Tak są, ale tylko w nocy. Przez dzień każdy może swobodnie wchodzić i wychodzić z miasta.

W tym momencie do karczmy weszło dwóch mężczyzn, zamawiających piwo. Dairuhn zjadł śniadanie, zapłacił za posiłek i opuścił gospodę. Na zewnątrz była piękna pogoda. Miasto nie wydawało się duże. Ruszył, więc ulicą pomiędzy domami, chcąc dojść do głównego rynku znajdującego się pod wieżą. Szedł niedługą chwilę mijając przechodzących ludzi i co jakiś czas strażników na koniach, gdy nagle spostrzegł przed sobą trzech mężczyzn rabujących i bijących młodą kobietę z dzieckiem. Wszyscy obojętnie przechodzili obok tej sceny, bojąc się o własną skórę. Dairuhn widząc to jak najszybciej mógł dobył miecza i stanął naprzeciwko zbójów.

-Może zmierzycie się z kimś równym sobie - powiedział.

Większość przechodniów zatrzymała się z zaciekawieniem oczekując dalszego przebiegu akcji. Dopiero teraz zwrócili swą uwagę na Dairuhna. Ich oczom ukazał się sylwetka rosłego wojownika, którego dostojeństwo i odwaga onieśmieliła ludzi i wprawiła w osłupienie przeciwników.

Nie znamy nikogo równego sobie! - Krzyknął któryś ze zbójów i całą rójka rzuciła się na Dairuhna. Ten bez problemów odparował ich atak, po czym wytrącił szablę hersztowi bandy i jednym uderzeniem swego miecza odciął mu głowę. Pozostałych dwóch z jeszcze większym impetem ruszyło się na naszego bohatera, lecz po chwili dołączyli do martwego kompana. Tłum ludzi rzucił się na złodziei, by odebrać im skradzione rzeczy, a Dairuhn chcąc uniknąć rozgłosu, czym prędzej opuścił miejsce zdarzenia. Wszedł w jedną z bocznych uliczek i teraz już spokojnie podążał przed siebie, gdy nagle usłyszał czyjś głos:

-Przyznam, że potrafisz walczyć Dairuhnie synu Diora.

Dairuhn obrócił się zobaczył szarą postać, której twarzy nie mógł dojrzeć, zmierzającą w jego kierunku.

-Skąd znasz moje imię i kom jesteś, że ośmielasz się je wypowiadać?

Człowiek w szarym płaszczu podszedł do Dairuhna i zdjął kaptur. Teraz można było dostrzec, że jest to nieco przygarbiony starzec o siwej brodzie, błękitnych oczach i pomarszczonej cerze.

Nazywam się Iswe - powiedział - A skąd znam twoje imię? To długa historia. Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
-Przestań bredzić i gadaj skąd mnie znasz, bo inaczej zobaczysz błysk mego miecza!
-Już widziałem i muszę przyznać, że władasz nim nie gorzej niż twój ojciec.
-Znałeś mego ojca? - spytał spokojniej Dairuhn - Znałeś go? Kim ty w ogóle jesteś?
-Na oba pytanie udzieliłem ci już odpowiedzi. Nazywam się Iswe, a wszystkiego dowiesz się w swoim czasie, lecz wpierw odpowiesz mi na kilka pytań.
-Zgoda, ale może wejdźmy w jakieś przyjemniejsze miejsce.
-Masz rację. Jest tu zbyt ciemno, a poza tym panuje tu nieprzyjemny zaduch.

Opuścili, więc ciemną, wąską ulicę, czy też może raczej tunel. Szli dróżką, wyłożoną białymi kamykami, wijącą się wokół coraz to częściej rosnących tu drzew. Przez całą drogę nie mówili nic do siebie. Po głowie Dairuhna błąkały się dziwne myśli. Starał się zrozumieć słowa starca, starał się przypomnieć go sobie. Skoro Iswe go znał, to znaczy, że i on musiał go kiedyś poznać. Chciał odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd ten człowiek znał jego ojca. Iswe co jakiś czas tylko się uśmiechał tak jakby odgadywał myśli Dairuhna. Po dość długim marszu zatrzymali przed "Tańczącym Ogrem". Weszli do środka. Było tam kilka wesoło gawędzących i popijających piwo osób. Dairuhn opuścił to miejsce zaledwie godzinę temu, a zdawało mu się, że nie było go tu przez cały dzień. Usiedli w ostatnim stoliku, gdy podszedł do nich karczmarz.

-Widzę, że szybko pan wrócił. Czyżby nie podobało się panu miasto? - zapytał.
Skądże znowu - odparł Dairuhn - Po prostu spotkałem starego przyjaciela i chciałbym z nim spokojnie porozmawiać.
-Rozumiem, nie będę, więc przeszkadzać. Czy może coś podać?
-Weźmiemy dwa piwa.
-Dobrze zaraz przyniosę.
-Niech pan chwilę zaczeka - powiedział Iswe wyciągając z kieszeni długą, drewnianą fajkę - Czy nie ma pan może trochę tytoniu?
-Powinno coś się znaleźć - odparł karczmarz.

Po chwili wrócił z dwoma kuflami piwa i małą puszką tytoniu.

-Życzę udanej rozumowy - powiedział, po czym podszedł do stolika obok.
-Teraz możemy spokojnie porozmawiać - rzekł Iswe pociągając fajkę i wypuszczając z niej coraz to większe kółka - Najpierw musisz mi powiedzieć ile wiesz o sobie i o swoim ojcu.
-Nie znałem swego ojca, nigdy go nie widziałem.
-Chcę abyś mi opowiedział wszystko o sobie, o stronach gdzie się wychowałeś, gdzie spędziłeś dzieciństwo, o tym, kto cię wychowywał, o tym ile opowiadano ci o ojcu i matce i tym podobne sprawy.
-Po co ci to wiedzieć? Nie wiem czy mogę ci zaufać i zaczynam powoli powątpiewać w to czy znałeś mego ojca.
-Trudno, to tobie zależy, aby coś się o nim dowiedzieć.
-Tak, ale żebym miał jakąś pewność, że mnie nie oszukasz.
-Chcesz pewności, no to ją będziesz miał. Zapewne zastanawiałeś się skąd na twym prawym ramieniu znajduje się tatuaż w kształcie liścia i miecza? Otóż gdy młody chłopak z twego rodu kończy jeden rok, to wypala mu się takie znamię. Czy nie widziałeś takiego samego u twego wuja Tiliona?
-Tak...
-Tak, ale nigdy ci o tym nie mówił, bo był niemy. Czy teraz mi już ufasz?.
-Teraz już tak. Przepraszam, że od początku ci nie zaufałem,.
-No dobra, ale teraz już mów.
-Otóż jak wiesz wychowywał mnie mój wuj Tilion. Mieszkaliśmy nieco za miastem Kar w dolinie Lemah. Pomimo tego, że wuj był niemową rozumieliśmy się doskonale. Nauczył mnie wielu rzeczy, często trenowaliśmy walkę wręcz i na miecze. Raz w tygodniu wysyłał mnie po nauki do miasta. Kiedyś podarował mi księgę napisaną w języku elfów, toteż musiałem nauczyć się tego języka. Tilion często dawał mi do zrozumienia, że jego dni są policzone i wkrótce umrze. Tak się też stało, pół roku temu zmarł. O ojcu i matce nigdy niczego się nie dowiedziałem. Po śmierci wuja postanowiłem wyruszyć w miejsce gdzie się urodziłem, czyli tu.
-Skąd wiesz, że tutaj się urodziłeś? - spytał Iswe
-Gdy pytałem wuja o miejsce mego urodzenia, wskazywał rękom ten kierunek, a na palcach pokazywał ilość dni, które musiałem przebyć, aby tu dotrzeć. A o ile mi wiadomo w okolicy nie ma żadnego innego miasta, więc musiałem urodzić się, w Endenie.
-Powiem ci, że byłeś bliski, ale pomyliłeś się o jakieś dwa dni.
-Co? Przecież podczas swej drogi ni mijałem miast ani miasteczek. A z informacji ludzi, których spotykałem wynikałoby, że w promieniu 100 mil nie ma żądnego innego miasta.
-Dwa dni drogi stąd ukryte w górach, leży wielkie królestwo. Miejsce to zapomniane jest przez ludzi i nikt nie ma do niego wstępu, a ci, którzy tam żyją nie mogą go opuszczać. Mówię o ostatnim na zachodzie zjednoczonym królestwie elfów i ludzi, o królestwie Emaru.
-Chcesz powiedzieć, że urodziłem się w królewskim mieście?
-Powiem, że jesteś potomkiem królewskiego rodu.
-Naprawdę? - spytał z niedowierzaniem Dairuhn.
-Po odejściu twego ojca i wuja to ty jesteś jedynym i prawowitym następcą tronu Emaru, Dairuhnie.
-Po odejściu mego ojca? Czy to znaczy, że on nie żyje?
-Tego nie wiem. - odparł Iswe - Ale teraz nie przerywaj mi, postaram się ci opowiedzieć wszystko od początku. Otóż, królestwo Emar zbudowane i ukryte zostało w górach, jeszcze w zamierzchłych czasach. Dokładnej daty nie pamiętam, ale jego pierwszym królem był Tulwe, po nim panowało 37 królów, za których Emar był rozbudowywany i wzrastał w potędze, a jego ludność żyła zdrowa i szczęśliwa. Twój dziad - Duor był ostatnim królem, po nim na tron miał wstąpić twój ojciec lub wuj, niestety obaj odeszli. Nastąpiło to po wielkiej bitwie stoczonej na rozłożystych polach doliny Falmon. Zapomniałem ci powiedzieć, że Emarowi podporządkowane są cztery mniejsze królestwa. Są to: Geich, Resket, Istar i Luinil.
Za panowania twego dziada, zły Czarnoksiężnik o imieniu Morewn, zaczął zbierać wielką armię, by podbić wszystkie królestwa zachodu. Zjednoczył rozrzuconych po najdalszych zakątkach świata goblinów, orków, trollów oraz ludzi z plemienia Mora. Jej część wysłał na królestwa Resket, Greich i Istar. Gdy wieści o tym doszły do Duora, wysłał on swe wojska z odsieczą obleganym grodom. Widząc, że Emar pozostaje bez obrońców Morwen uderzył na niego blisko 100tys. armią. Duor zwołał naradę, na której postanowiono, że będziemy czekać na powrót 0wojska wysłanego z pomocą. Z tą decyzją nie zgodził się Dior, Tilion i wódz elfów Elfstam. Opuścili oni ukryte królestwo na czele, tysiąca żołnierzy i ruszyli naprzeciw wrogowi. Wojska dowodzone przez Diora z góry skazane na klęskę walczyły dzielnie do końca. Kolejne zastępy orków kładły się pod mieczem twego ojca, lecz na ich miejsce przybywały nowe i nowe. Po kilku godzinach walki w szeregach twego ojca zostało zaledwie kilkudziesięciu wojowników. Utworzyli oni zwarty pierścień otoczony dookoła przez gobliny. Gwardia Morwena rzuciła się naprzód i rozbiła krąg. Wówczas na polu bitwy dało się słyszeć głosy trąb. To Duor na czele swej armii uzbrojonej w srebrne kolczugi ruszył, by odeprzeć atak najeźdźcy. Wojska Emaru powróciły by rozbić potęgę Morwena. I tak w istocie się stało Czarna Armia została pokonana, a żaden ork. ani troll nie opuścił pola bitwy żywy. Widząc przybycie tak licznej armii Tilion ruszył w kierunku Morewna i wyzwał go na pojedynek. Twój wuj nie zdawał sobie sprawy z tego jak olbrzymią mocą dysponuje Czarnoksiężnik. Po kilku minutach zaciętej walki, Morewn wyciągnął swoją laskę i strzelił w twego wuja, ognistym płomieniem, tak że ten padł martwy. Gdy dostrzegł to Dior obiecał pomścić brata i ruszył w pogoń za Czarnoksiężnikiem. Gdy do dogonił, rozegrała się straszna walka. Czary Morwena kontra miecz twego ojca. Twój ojciec zręcznie unikał ciosów przeciwnika, a gdy zbliżył się do niego zadał mu śmiertelny cios. Pokonując Morewna, twój ojciec okrył się wielką chwałą, dokonał czynu, którego nie był w stanie dokonać żaden śmiertelnik.
-I, co się dalej działo? - spytał podekscytowany Dairuhn. - Tilion przecież nie zginął.
-Potem twój ojciec błąkał się jeszcze, całą noc po lesie. Nikt nie wie dotąd, co się wówczas zdarzyło, na pole bitwy wrócił dopiero rano. Wyjrzał w dolinę, lecz nie zobaczył tam ani jednego żywego orka. Wokół ciał kręciło się jeszcze kilku elfów. Lecz jakaś postać siedziała nieruchomo z głową spuszczoną w kolana. Był to Tilion. Nie zginął on od ciosu Morwena, lecz został sparaliżowany. Stracił mowę i część pamięci, zanikły u niego różne umiejętności, lecz poznał swego brata i razem wrócili do królestwa. Gdy obaj weszli do sali królewskiej, wszystkich opanowało zdziwienie pomieszane z radością. Z zapartym tchem słuchali opowieści Diora o pokonaniu Czarnoksiężnika, a ze smutkiem patrzyli na cierpiącego Tiliona. Nikt nie mógł uwierzyć, że Morwen nie żyje, że zło został pokonane na wieki, że wreszcie nastaną czasy pokoju. Świętowaniu i wiwatom nie było końca. Gdy wszyscy cieszyli się ze zwycięstwa i myśleli, że tej nocy już nic się nie wydarzy, twój dziad Duor zrzekł się tronu.

-Czuję jak zaczynam się starzeć, już niedługo pociągnę, nie jestem już w stanie sprawować władzy - powiedział - Dlatego postanowiłem oddać Emar we władanie memu synowi, Diorowi. Pokonując Morwena, dał on dowód swej dojrzałości i męstwu. Zbliż się do mnie synu i przyjmij tę koronę.
-Najjaśniejszy panie, dobrze wiesz, że bycie władcą to moje największe pragnienie - powiedział Dior- Lecz wybacz, nie przyjmę tej korony. Wzywają mnie inne zadania i wiele czasu musi upłynąć i wydarzyć się rzeczy niezwykłych nim znowu stanę w Emarze, jeżeli w ogóle jest mi to pisane.

Wypowiadając te słowa Dior opuścił salę i w chwilę potem odjechał nie wiadomo gdzie, z nikim się nie żegnając. Nikt nie potrafił odgadnąć, o jakie zadania Diorowi chodziło, ani tez jakie otrzymał wezwanie. Tej samej nocy twój dziad zmarł. W tym wypadku władzę powinien objąć Tilion, lecz ze względu na jego stan, na namiestnika wybrano Elfstama. Twój wuj zdenerwowany takim obrotem spraw, wyszedł z pałacu, dosiadł swego konia i odjechał.

-No, ale co ze mną - przerwał Dairuhn
-Na to pytanie sam nie znam dokładnej odpowiedzi. Powiem ci tyle ile wiem - rzekł Iswe - Otóż twój ojciec miał żonę, była nią piękna księżniczka Arali. Gdy dowiedziała się, że Dior opuścił zamek ruszyła w ślad za nim. Warto dodać, że była ona wówczas w ciąży. Co się potem stało? Wiem tylko tyle, że urodziła ciebie, a ty jakimś cudem trafiłeś do Tiliona.
-A skąd wiedziałeś, że się urodziłem?
-Widziałem to w zwierciadle prawdy. Kiedy Arali opuściła zamek słuch o niej zaginął. Widziałem jak leży pod jakimś drzewem, a obok niej stoi mężczyzna trzymający dziecko. Dzieckiem byłeś ty, mężczyzną najprawdopodobniej Tilion. Potem zwierciadło zgasło.
-To...
-O nic więcej nie pytaj. Teraz idź się przespać, bo jutro czeka nas ciężka wędrówka. Dobranoc


Iswe opuścił gospodę, a Dairuhn poszedł na górę. Była ciemna noc, gwiazdy świeciły wysoko na nieboskłonie, lecz Dairuhn nie zmrużył oka. Nie mógł uwierzyć, że wszystko, co powiedział Iswe jest prawdą.