|
- Kiedyś byłeś lepszy, Benedykcie- krzyknął Alon i wykonał szybkie cięcie,
mierzone na prawe ramię, które Benedykt łatwo sparował. Milcząca, jak
zwykle, Lisa z nieludzką zawziętością próbowała przedostać się przez ścianę
stali, którą postawił jej ojciec. Była zupełnie inna, niż jej brat - uważała,
że milczenie pozwala się bardziej skupić na walce. Mimo to powiedziała:
- Braciszku, powinieneś mniej mówić. Widzisz, że ojciec się już męczy.
Nie jesteś już tak dobry, jak kiedyś. Starzejesz się - powiedziała do
Benedykta. W tej samej chwili syn Oberona zręcznym manewrem wyłuskał szpadę
z rąk Alona. Broń wylądowała o cal od stopy Lisy. Ta uśmiechnęła się i
opuściła swoją broń. Cała trójka zasalutowała sobie jednocześnie, kończąc
tym samym pojedynek.
- Zapominasz się, Liso. I zapamiętaj raz na zawsze: My się nie starzejemy!
Chwilę potem Benedykt stanął w miejscu i zaczął cicho szeptać. Alon i
Lisa natychmiast odeszli na kilka kroków- ojciec strasznie się wściekał,
kiedy ktoś "podsłuchiwał" jego rozmowy. Po chwili zwrócił się
do nich:
- To Random. Chce, żebym udał się z nim do Ardenu. Jedźcie do domu sami...-
zdanie to nie zostało dokończone, ponieważ Benedykt zniknął w tęczy, która
pojawiła się metr przed nim. Mimo to Alon i Lisa wyraźnie widzieli swojego
stryja, w zwykłym jeździeckim stroju, stojącego na niewielkim wzniesieniu.
Kolor nieba sugerował Amber.
- Muszę załatwić u siebie parę spraw. Zobaczymy się za dwa dni w Dworcach,
dobrze?- powiedział Alon, po czym, nie czekając na odpowiedź Lisy, zniknął
w podobnej tęczy.
Lisa tylko wzruszyła ramionami, po czym wsiadła na koń i stępem zaczęła
jechać w kierunku zamku. Miły, ciepły głos klaczy odezwał się w jej głowie:
- Kochana, nie wiem, jak możesz tolerować tego bachora. Ja na twoim miejscu
nigdy nie pozwoliłabym tak traktować siebie.
- Aż trudno uwierzyć, że jest moim bratem. Wydaje mi się, że to uzewnętrznienie
buntu przeciwko Benedyktowi. Wiesz, on nienawidzi tych treningów. Uważa,
że to sposób ojca na pokazanie nam, jacy jesteśmy beznadziejni, jak niewiele
wiemy i umiemy...
- Tak, ale wasz ojciec ma ponad pół miliarda lat, jeśli nie więcej.
- Myślisz, że mu tego nie mówiłam? Założę się, że Benedykt pragnie w ten
sposób zbliżyć się do nas. Martwi się i chce, żebyśmy umieli się obronić.
Benedykt nie jest najlepszym ojcem. O naszym istnieniu dowiedział się
przypadkiem. Wiesz, że to nie on zabrał mnie i Alona do Amberu? Random
po nas przyjechał. Powiedział, że Benedykt się bał.
- Benedykt, niepokonany wojownik, bojący się spotkania z własnymi dziećmi!
Też mi coś.
Otoczenie wokół Lisy zaczęło się zmieniać. Śpieszyła się, dlatego wybrała
trudniejszą ścieżkę. Słońce zmieniło swoją barwę na czerwono, by po chwili
odmienić się z powrotem na żółtą, znajomą barwę. Lisa nie zauważyła dwóch
muchomorów, kłócących się o nasłonecznione miejsce, które jeden rzekomo
zajął drugiemu. Mniejszy dał za wygraną i usiadł pod niewielkim dębem,
ciągle wyklinając starszego kuzyna. Lisa rozmyślała o teście, który niedługo
przyjdzie przejść jej i Alonowi. Logrus podobno jest bardziej niebezpieczny,
niż Wzorzec, a przejścia obu dokonał tylko jeden człowiek. Jej brat i
bratanek ze strony matki jednocześnie, Merlin.
Drogą naprzeciwko nadjechał czerwony Ford. Siedzące w środku trzy kobiety
nie mogły oderwać oczu od jadącej na biało-złocistej Biance kobiecie ubranej
w renesansowy kostium. Nie zauważyły przez to zakrętu, znajdującego się
dwieście metrów dalej i samotnego drzewa, ku któremu dążył samochód. Muchomor
nawet nie zdążył wrzasnąć.
Szaroniebieskie niebo ustąpiło czerwonemu, kiedy Lisa wkroczyła na "chaotyczną"
stronę Ygg. Otoczenie zaczęło się zmieniać jeszcze szybciej... brzeg morza
o fioletowych wodach... dwie syreny, suszące swoje ogony na skalistej
wysepce... wszystko zlało się w jedną masę, kiedy Lisa przyspieszyła.
Nikt z młodszego rodzeństwa nie był w stanie dorównać jej w piekielnej
jeździe. W cztery godziny pokonała drogę, która innym zajęłaby osiem.
Kiedy stanęła pod Liniami Parrakis, by przywołać smugę, niebo znajdowało
się w błękitno- czerwonych barwach.
- Jeszcze pół obrotu...-pomyślała, po czym ruszyła widmową ścieżką na
spotkanie rodziny, której nie widziała od trzech lat.
Przyjęto ją nadzwyczaj dobrze, zważając na fakt, że uciekła z domu trzy
lata temu by, wbrew swoim krewnym, przejść Wzorzec Dworkina. Wciąż pamiętano
o porażce, jaka stała się udziałem ich i Branda, szaleńca, próbującego
stworzyć świat na nowo. Wielu chaosytów zginęło bez powodu, w imię idei,
która nie mała szansy powodzenia. Dlatego też, kiedy do celi, w której
zamknięto Lisę, wszedł Suhuy i oznajmił, że za dwa dni przystąpi do testu,
Lisa nie była zdziwiona. "Stary piernik jeszcze się mnie nie wyparł"-
pomyślała, upewniwszy się, że wszystkie sondy opuściły jej umysł. Wypiła
kubek wody, którą sprowadziła za pomocą magii i otworzyła notatnik, przekazany
jej przez Merlina.
"Musisz zapomnieć o wszystkim, czego się nauczyłaś. Logrus nie jest
Wzorcem- podczas przechodzenia Logrusu liczy się tylko cierpliwość i wola
jego ukończenia. Patrząc na to wydarzenie z perspektywy czasu muszę Cię
ostrzec, że przejście Logrusu odmieni Twój umysł, jak umysły wszystkich,
którzy ukończyli Labirynt. Może to dlatego Brand zwariował?"- przedarcie
się przez zapiski Merlina zajęły jej sporo czasu. Wyczerpana, zasnęła
minutę po tym, jak przeczytała ostatnią kartę pamiętnika.
Zbudziło ją pukanie. Drzwi tworzyły się, kiedy przybrała swą demoniczną
postać czarnej, humanoidalnej pantery o stalowych szponach i zębach.
- Witaj, kuzynko- powiedział Merlin, w swojej postaci diabła. - Domyślam
się, że tutejsze warunki nie odpowiadają temu, co oboje uznajemy za "komfort",
prawda? Chodź ze mną, zaprowadzę Cię do Komnaty Wejścia.
- To miło powrócić do domu. Jak się ma Twoja matka, Merlinie?
- Wciąż ma mi za złe ten pojedynek, kiedy ona i Mandor próbowali narzucić
mi swoją wolę. To było niezbyt miłe, ale musiałem ją sparaliżować. Teraz
na przemian schlebia mi i się odgraża. Mam wrażenie, że do Dworców wkraczają
zwyczaje Amberytów. Jakiś dzieciak nawet wyrył na tronie; "Ufaj innym
jak bratu". Taak, wszystko się zmienia. Ale mów co się dzieje w Amberze.
Dawno nie miałem okazji przejść się po mieście. Random dalej rządzi?
- A kto miałby? Jedyni chętni do tronu- Eryk i Corwin zrezygnowali...
A przy okazji, co słychać u ojca?
- Nie mam pojęcia. Nie widzieliśmy się od Wojny Skazy, kiedy odjeżdżał,
by odnaleźć swój Avalon.
- O już jesteśmy- powiedział Merlin, otwierając wrota, prowadząc do komnaty.
- Powodzenia- wyszeptał, po czym zamknął drzwi.
Sala wyglądała imponująco. Olbrzymie kolumny z materiału, przypominającego
sczerniałe żelazo, utrzymywały ciężar wspaniałej kopuły. W pomieszczeniu
byli obecni chyba wszyscy żyjący członkowie rodziny- w tym Alon, oraz,
oczywiście, Strażnik Logrusu.
- Zebraliśmy się tu, aby uczcić odwagę Alona i Lisy, którzy za chwilę
poddadzą się Próbie, która sprawdzi, czy są godni, by nazywać się Lordami
Chaosu. Spójrzmy na nich po raz ostatni, ponieważ możemy nie ujrzeć ich
ponownie. Alonie, Liso- życzę wam powodzenia.
Potężne, czterometrowe wrota otworzyły się na całą szerokość. W środku
znajdowała się... pustka. Alon, spodziewający się czegoś innego, pobladł
wyraźnie na twarzy, jednak pewnym krokiem wszedł w ciemność. Lisa wyszeptała
słowa modlitwy do Jednorożca, po czym przekroczyła próg.
"Logrus to ciągle zmienny konstrukt, który nigdy nie wraca...:"-
słowa Merlina dudniły Lisie w głowie. Ciemność powoli przeradzała się
w dzień. Lisa ujrzała błękitne niebo, po którym szybko płynęły śnieżnobiałe
chmury. Z dala dał się słyszeć śpiew ptaków, szum drzew i...
- Dzień dobry. Możesz już wstać- powiedział ktoś, siedzący na kamieniu
nieopodal. Lisa nie była pewna, kim jest jej rozmówca- jej wzrok był jeszcze
rozmazany. Czuła się jakoś nieswojo.
- Witaj, rozmazana plamo- powiedziała do osobnika, który wyrwał ją z nicości-
Masz pojęcie, jak się tu znalazłam?
- Oczywiście. Jestem Logrus a ty jesteś wewnątrz mnie.
Lisa poczuła, że się czerwieni. Dopiero teraz zauważyła, że to nie jej
wzrok szwankuje. Wszystkie elementy, oprócz mężczyzny były wyraźne. Jego
twarz, a właściwie całe ciało ciągle zmieniało się, nie pozwalając na
zauważenie konkretnego oblicza.
- Wiesz, nie tak sobie wyobrażałam przejście Logrusu, to znaczy Ciebie.
- A co myślałaś? Że jestem jakimś dziwnym labiryntem, że będziesz biegała
ciasnymi korytarzami?
- No więc...
- Nic nie mów. Kolor twojej skóry mówi wszystko. Po części masz rację.
Samego przejścia nie zapamiętuje prawie żadna osoba. Wymazuję z ich umysłu
to wydarzenie i zastępuję je "labiryntem". Tylko dwie osoby
wiedzą, jak naprawdę wygląda inicjacja. Dworkin, któremu jako jedynemu
udało się mnie oszukać oraz Suhuy, którego sam wybrałem, w celu przeciwstawienia
się Dworkinowi, oczywiście.
- Dobrze, ale po co mi to mówisz?
- Wszystkim to mówię. Każdy ma szansę zachować swoje wspomnienia. Jeśli
uda mu się przejść inicjację, przekazuję mu swą moc. Jeśli nie, dostaje
tylko namiastkę.
- Chcesz powiedzieć, że próbę przeszły tylko dwie osoby?
- Jedna, jeśli nie liczyć Dworkina, który złamał reguły. Dlatego ja postarałem
się, żeby został za to ukarany. Brand dał mu nauczkę, chociaż nie chodziło
mi o to, co zrobił.
- Brand? Jemu się też udało, prawda? Ale mówiłeś o dwóch osobach.
- Nie wspominając o kilkudziesięciu trupach. Na przykład o Oberonie, jego
dwóm najstarszym synom... ale, po co wspominać zmarłych?
- Nie rozumiem. Co sprawia, czy ktoś "przeszedł" albo "oblał"
inicjację?
- Gdybym ci powiedział, nie byłaby to tajemnica. Później, później. Teraz
chodź za mną.
Lisa wstała, otrzepała ubranie i ruszyła za Logrusem, który aktualnie
przyjmował różne formy czworonożne i zdołał już się oddalić na sporą odległość.
Szybkim krokiem ruszyła wzdłuż ścieżki, która pojawiła się za Logrusem.
Zauważyła, jak niebo ciemnieje. Zaczęło padać. Po kilku minutach ścieżka
skręciła na prawo, w stronę rzadkiego, dębowego lasku. Logrus zniknął
za drzewami. Lisa ruszyła za nim. Minęła linię drzew...
- Tańczysz znakomicie, Liso- powiedział Martin. Lisa zaczęła się zastanawiać,
skąd, do cholery, z polnej ścieżki pojawiła się w sali tronowej Amberu
i dlaczego tańczyła z Martinem. I jakim cudem jej ubranie zmieniło się
w błękitnofioletową suknię?
- Dziś wszystko jest możliwe- powiedział Logrus, który przybrał teraz
twarz Corwina- to twoja noc, a ja jestem twoim towarzyszem. Nie psuj nastroju
i ciesz się muzyką.
Nie mając nic do powiedzenia, Lisa zaczęła tańczyć. Na sali byli zgromadzeni
wszyscy członkowie rodziny. Żywi i martwi. Grano Ler Chariout, ulubiony
taniec jej ojca, z czasów, kiedy jego bracia żyli. I rzeczywiście, Lisa
ujrzała Benedykta, tańczącego z jej matką, Sollis. Lady Chaosu w znacznym
stopniu przypominała Lisę- była raczej niska, szczupłej budowy, o hipnotyzujących,
niebieskich oczach. Tylko włosy się różniły. Lisa nie odziedziczyła tylko
wspaniałych, rudych loków Soliis.
- Zdążyłaś już pewnie zauważyć, że zgromadziłem w tej sali wszystkie
najważniejsze osobistości ostatniego miliarda lat. Twoim zadaniem będzie
wybranie sobie towarzysza, który pomoże ci w przebyciu dalszej części
próby.
Na te słowa wszyscy zgromadzeni stanęli w równym rzędzie. Lisa przeszła
wzdłuż, przez sekundę zatrzymując się przy każdej osobie. Wszyscy patrzyli
na nią beznamiętnym wzrokiem. Następnie podeszła do Logrusu.
- Musisz się starać bardziej. Wybieram oczywiście ciebie.
- Jesteś pierwszą osobą od tysiąca lat, która nie odpadła na pierwszym
etapie. Wszystkich poniosły emocje. Bum!- powiedział Logrus i Lisę ogarnęły
ciemności.
Z chaosu nieświadomości Lisa została wyrwana głośnym krzykiem. Kiedy
otworzyła oczy okazało się, że znajduje się na gladiatorskiej arenie.
Wszędzie pełno było ludzi w białych i błękitnych togach. Jakieś małe,
może pięcioletnie dziecko pomachało Lisie. Odmachała mu i rozejrzała się
po arenie. Po przeciwnej stronie kilka postaci walczyło między sobą- typowi
gladiatorzy z sieciami i śmiesznymi trójzębami. Bliżej, niedaleko podwyższenia,
na którym siedział sprawca całego przedstawienia, znajdowały się trzy
kobiety, każda uzbrojona tylko w sztylet, walczące z lwicą. Choć Lisa
nie była ani feministką, ani samarytanką, wstała i zaczęła iść szybkim
krokiem w stronę kobiet. Lwica, zauważywszy łatwą zdobycz, rzuciła się
na córkę Benedykta. Jeden cios miecza oddzielił jej głowę od reszty ciała.
Miłośniczką zwierząt Lisa też nie była. Uśmiechnięta, podeszła do niedoszłych
ofiar kocicy.
- Kto urządził tą farsę?- zapytała jednej z kobiet
- Jak to? Nie wiesz, jak się tu znalazłaś? - dziewczyna była przestraszona.
Widocznie nigdy nie spotkała się z Amberytką- przecież musiałaś podpisać
zgodę na wejście.
- Czyli wy zrobiłyście to dobrowolnie? Dla pieniędzy?
- Oczywiście- odparła inna- jeden dzień na arenie zapewnia dwa lata utrzymania
dla dość dużej rodziny. Któż zgodziłby się wejść na arenę za darmo?
- Samobójca. Albo niewolnik.
- Nie...co?- zapytała trzecia kobieta. Lisa dopiero teraz zauważyła, że
każda z nich jest bardzo podobna do znanych jej osób. Dara, jej matka,
Sollis... trzeciej Lisa nie znała, jednak wiedziała, że zna jej twarz
z atutów.
- Nieważne. Chyba już możemy iść. Tamci po drugiej stronie już skończyli.
Rzeczywiście, w momencie, kiedy odwróciły się w tamtą stronę, zobaczyły
jednego człowieka, dumnie trzymającego ręce w górze. Chwilę później otwarto
bramę i Lisa opuściła arenę. Zaraz przy wyjściu czekał na nią niski, tłusty
facet w oblepionej potem todze, który każdej z dziewczyn dał po dwa mieszki
z jakimiś monetami. Lisa dostała jeden. Stwierdziła, że nie ma sensu się
przekomarzać, więc ruszyła wąskim korytarzem i podeszła do ciężkich, dębowych
drzwi. Za nimi, tak, jak się spodziewała, czekała ciemność.
- Bądź Liso, bądź- słowa Logrusu zadźwięczały Lisie w głowie, która zresztą
w międzyczasie zdążyła ją rozboleć.
- Co się dzieje? Po raz kolejny pozbawiasz mnie przytomności w tak nieprzyjemny
sposób...
- Ty nie straciłaś przytomności tam, na arenie. Ty tam umarłaś. Zgadnij,
czyj krzyk tam słyszałaś? I skąd się wziął przy tobie miecz?
Po chwili zastanowienia, Lisa doszła do wniosku, że Logrus może mieć
rację. Nigdy nie walczyła tak topornym ostrzem w tak mistrzowski sposób.
A obok niej, kiedy wstawała, leżało zakrwawione ciało kogoś podobnego
do niej.
- Co to znaczy?
- Nie zdajesz sobie sprawy, kim jesteś. Ty nie jesteś prawdziwą Lisą,
lecz jedynie konstruktem, stworzonym przeze mnie z osoby, która zginęła
na arenie. Prawdziwa Lisa nie żyje. Nie dałaś sobie rady. Jak wszyscy.
- Chcesz przez to powiedzieć, że jestem tylko kopią? Nie czuję się, jak
jakiś klon.
- Znowu to samo. A jak ci się wydaje, jak powinnaś się czuć? Podobnie,
jak prawie wszyscy przed tobą, zawiodłaś. Nie oznacza to oczywiście śmierci.
Dostarczyłem ci tyle energii, że nie powinno ci jej zabraknąć przez jakieś
dwa do trzech milionów lat.. potem będziesz musiała przejść inicjację
jeszcze raz. Właściwie nie inicjację, co dostać się do mojego wnętrza.
Logrus wstał. Dopiero teraz Lisa zauważyła jakiekolwiek szczegóły pomieszczenia,
w którym się znajdowali. To były Dworce. Pochyły, ognisty sufit, dywan
z Pomarańczowych Demonów- Lisie wydawało się, że jest gdzieś niedaleko
swoich pokojów. Nie mogła tylko połączyć sali z konkretną osobą.
- Wiesz chyba już zatem, skąd biorą się dwie słabości chaosytów? Ustępujecie
umiejętnościami, siła i mocami Amberytom, ponieważ przekazuję wam niedostateczną
moc. Wiesz teraz dlaczego u chaosytów zdarzają się śmierci ze starości?
Poprzedni cesarz miał lekko ponad dwa miliony lat od ostatniej wizyty
u mnie... No i podatność na Wzorzec. On niszczy moją energię, dlatego
też płoniecie podczas kontaktu ze Wzorcem. Oczywiście potomków Dworkina
toleruje i napełnia ich energią, podczas przejścia. Ale też niszczy was
w jakiś sposób, inaczej nie musiałby odtwarzać was po przejściu.
- Czyli nie ma żadnej teleportacji, a jedynie odtworzenie w dowolnym miejscu.
- Dokładnie. Teraz, droga Liso, będziesz musiała na chwilę się odwrócić.
Twoje Próba dobiegła końca.
Ciemności kolejny raz objęły Lisę.
"Dworkin! To była komnata Dworkina!"
-Dziękuję Merlinie, bez twojej pomocy nie udałoby mi się ukończyć labiryntu.
Nie myślałam, że zmienia się tak szybko. Teraz wiem, co to jest chaos.
- Nie ma za co, Liso. Ja też przez to przechodziłem.
|