Strona Główna »
Autorzy »
Artykuły »
Opowiadania »
Poezja »
J.R.R. Tolkien »
Aforyzmy »
Magia »
Zjawiska Paranormalne »
Manie i Fobie »
Przyjaciele »
Symboliki »
Ankieta »
Sennik »
Odmienne stany świadomości »
Sentencje»

Galeria »
Download »
Rzeźba »




Wszystko zależy od punktu widzenia

- Kiedyś byłeś lepszy, Benedykcie- krzyknął Alon i wykonał szybkie cięcie, mierzone na prawe ramię, które Benedykt łatwo sparował. Milcząca, jak zwykle, Lisa z nieludzką zawziętością próbowała przedostać się przez ścianę stali, którą postawił jej ojciec. Była zupełnie inna, niż jej brat - uważała, że milczenie pozwala się bardziej skupić na walce. Mimo to powiedziała:
- Braciszku, powinieneś mniej mówić. Widzisz, że ojciec się już męczy. Nie jesteś już tak dobry, jak kiedyś. Starzejesz się - powiedziała do Benedykta. W tej samej chwili syn Oberona zręcznym manewrem wyłuskał szpadę z rąk Alona. Broń wylądowała o cal od stopy Lisy. Ta uśmiechnęła się i opuściła swoją broń. Cała trójka zasalutowała sobie jednocześnie, kończąc tym samym pojedynek.
- Zapominasz się, Liso. I zapamiętaj raz na zawsze: My się nie starzejemy!
Chwilę potem Benedykt stanął w miejscu i zaczął cicho szeptać. Alon i Lisa natychmiast odeszli na kilka kroków- ojciec strasznie się wściekał, kiedy ktoś "podsłuchiwał" jego rozmowy. Po chwili zwrócił się do nich:
- To Random. Chce, żebym udał się z nim do Ardenu. Jedźcie do domu sami...- zdanie to nie zostało dokończone, ponieważ Benedykt zniknął w tęczy, która pojawiła się metr przed nim. Mimo to Alon i Lisa wyraźnie widzieli swojego stryja, w zwykłym jeździeckim stroju, stojącego na niewielkim wzniesieniu.
Kolor nieba sugerował Amber.
- Muszę załatwić u siebie parę spraw. Zobaczymy się za dwa dni w Dworcach, dobrze?- powiedział Alon, po czym, nie czekając na odpowiedź Lisy, zniknął w podobnej tęczy.
Lisa tylko wzruszyła ramionami, po czym wsiadła na koń i stępem zaczęła jechać w kierunku zamku. Miły, ciepły głos klaczy odezwał się w jej głowie:
- Kochana, nie wiem, jak możesz tolerować tego bachora. Ja na twoim miejscu nigdy nie pozwoliłabym tak traktować siebie.
- Aż trudno uwierzyć, że jest moim bratem. Wydaje mi się, że to uzewnętrznienie buntu przeciwko Benedyktowi. Wiesz, on nienawidzi tych treningów. Uważa, że to sposób ojca na pokazanie nam, jacy jesteśmy beznadziejni, jak niewiele wiemy i umiemy...
- Tak, ale wasz ojciec ma ponad pół miliarda lat, jeśli nie więcej.
- Myślisz, że mu tego nie mówiłam? Założę się, że Benedykt pragnie w ten sposób zbliżyć się do nas. Martwi się i chce, żebyśmy umieli się obronić. Benedykt nie jest najlepszym ojcem. O naszym istnieniu dowiedział się przypadkiem. Wiesz, że to nie on zabrał mnie i Alona do Amberu? Random po nas przyjechał. Powiedział, że Benedykt się bał.
- Benedykt, niepokonany wojownik, bojący się spotkania z własnymi dziećmi! Też mi coś.

Otoczenie wokół Lisy zaczęło się zmieniać. Śpieszyła się, dlatego wybrała trudniejszą ścieżkę. Słońce zmieniło swoją barwę na czerwono, by po chwili odmienić się z powrotem na żółtą, znajomą barwę. Lisa nie zauważyła dwóch muchomorów, kłócących się o nasłonecznione miejsce, które jeden rzekomo zajął drugiemu. Mniejszy dał za wygraną i usiadł pod niewielkim dębem, ciągle wyklinając starszego kuzyna. Lisa rozmyślała o teście, który niedługo przyjdzie przejść jej i Alonowi. Logrus podobno jest bardziej niebezpieczny, niż Wzorzec, a przejścia obu dokonał tylko jeden człowiek. Jej brat i bratanek ze strony matki jednocześnie, Merlin.

Drogą naprzeciwko nadjechał czerwony Ford. Siedzące w środku trzy kobiety nie mogły oderwać oczu od jadącej na biało-złocistej Biance kobiecie ubranej w renesansowy kostium. Nie zauważyły przez to zakrętu, znajdującego się dwieście metrów dalej i samotnego drzewa, ku któremu dążył samochód. Muchomor nawet nie zdążył wrzasnąć.

Szaroniebieskie niebo ustąpiło czerwonemu, kiedy Lisa wkroczyła na "chaotyczną" stronę Ygg. Otoczenie zaczęło się zmieniać jeszcze szybciej... brzeg morza o fioletowych wodach... dwie syreny, suszące swoje ogony na skalistej wysepce... wszystko zlało się w jedną masę, kiedy Lisa przyspieszyła. Nikt z młodszego rodzeństwa nie był w stanie dorównać jej w piekielnej jeździe. W cztery godziny pokonała drogę, która innym zajęłaby osiem.

Kiedy stanęła pod Liniami Parrakis, by przywołać smugę, niebo znajdowało się w błękitno- czerwonych barwach.
- Jeszcze pół obrotu...-pomyślała, po czym ruszyła widmową ścieżką na spotkanie rodziny, której nie widziała od trzech lat.

Przyjęto ją nadzwyczaj dobrze, zważając na fakt, że uciekła z domu trzy lata temu by, wbrew swoim krewnym, przejść Wzorzec Dworkina. Wciąż pamiętano o porażce, jaka stała się udziałem ich i Branda, szaleńca, próbującego stworzyć świat na nowo. Wielu chaosytów zginęło bez powodu, w imię idei, która nie mała szansy powodzenia. Dlatego też, kiedy do celi, w której zamknięto Lisę, wszedł Suhuy i oznajmił, że za dwa dni przystąpi do testu, Lisa nie była zdziwiona. "Stary piernik jeszcze się mnie nie wyparł"- pomyślała, upewniwszy się, że wszystkie sondy opuściły jej umysł. Wypiła kubek wody, którą sprowadziła za pomocą magii i otworzyła notatnik, przekazany jej przez Merlina.

"Musisz zapomnieć o wszystkim, czego się nauczyłaś. Logrus nie jest Wzorcem- podczas przechodzenia Logrusu liczy się tylko cierpliwość i wola jego ukończenia. Patrząc na to wydarzenie z perspektywy czasu muszę Cię ostrzec, że przejście Logrusu odmieni Twój umysł, jak umysły wszystkich, którzy ukończyli Labirynt. Może to dlatego Brand zwariował?"- przedarcie się przez zapiski Merlina zajęły jej sporo czasu. Wyczerpana, zasnęła minutę po tym, jak przeczytała ostatnią kartę pamiętnika.

Zbudziło ją pukanie. Drzwi tworzyły się, kiedy przybrała swą demoniczną postać czarnej, humanoidalnej pantery o stalowych szponach i zębach.

- Witaj, kuzynko- powiedział Merlin, w swojej postaci diabła. - Domyślam się, że tutejsze warunki nie odpowiadają temu, co oboje uznajemy za "komfort", prawda? Chodź ze mną, zaprowadzę Cię do Komnaty Wejścia.
- To miło powrócić do domu. Jak się ma Twoja matka, Merlinie?
- Wciąż ma mi za złe ten pojedynek, kiedy ona i Mandor próbowali narzucić mi swoją wolę. To było niezbyt miłe, ale musiałem ją sparaliżować. Teraz na przemian schlebia mi i się odgraża. Mam wrażenie, że do Dworców wkraczają zwyczaje Amberytów. Jakiś dzieciak nawet wyrył na tronie; "Ufaj innym jak bratu". Taak, wszystko się zmienia. Ale mów co się dzieje w Amberze. Dawno nie miałem okazji przejść się po mieście. Random dalej rządzi?
- A kto miałby? Jedyni chętni do tronu- Eryk i Corwin zrezygnowali... A przy okazji, co słychać u ojca?
- Nie mam pojęcia. Nie widzieliśmy się od Wojny Skazy, kiedy odjeżdżał, by odnaleźć swój Avalon.
- O już jesteśmy- powiedział Merlin, otwierając wrota, prowadząc do komnaty. - Powodzenia- wyszeptał, po czym zamknął drzwi.
Sala wyglądała imponująco. Olbrzymie kolumny z materiału, przypominającego sczerniałe żelazo, utrzymywały ciężar wspaniałej kopuły. W pomieszczeniu byli obecni chyba wszyscy żyjący członkowie rodziny- w tym Alon, oraz, oczywiście, Strażnik Logrusu.
- Zebraliśmy się tu, aby uczcić odwagę Alona i Lisy, którzy za chwilę poddadzą się Próbie, która sprawdzi, czy są godni, by nazywać się Lordami Chaosu. Spójrzmy na nich po raz ostatni, ponieważ możemy nie ujrzeć ich ponownie. Alonie, Liso- życzę wam powodzenia.
Potężne, czterometrowe wrota otworzyły się na całą szerokość. W środku znajdowała się... pustka. Alon, spodziewający się czegoś innego, pobladł wyraźnie na twarzy, jednak pewnym krokiem wszedł w ciemność. Lisa wyszeptała słowa modlitwy do Jednorożca, po czym przekroczyła próg.

"Logrus to ciągle zmienny konstrukt, który nigdy nie wraca...:"- słowa Merlina dudniły Lisie w głowie. Ciemność powoli przeradzała się w dzień. Lisa ujrzała błękitne niebo, po którym szybko płynęły śnieżnobiałe chmury. Z dala dał się słyszeć śpiew ptaków, szum drzew i...
- Dzień dobry. Możesz już wstać- powiedział ktoś, siedzący na kamieniu nieopodal. Lisa nie była pewna, kim jest jej rozmówca- jej wzrok był jeszcze rozmazany. Czuła się jakoś nieswojo.
- Witaj, rozmazana plamo- powiedziała do osobnika, który wyrwał ją z nicości- Masz pojęcie, jak się tu znalazłam?
- Oczywiście. Jestem Logrus a ty jesteś wewnątrz mnie.

Lisa poczuła, że się czerwieni. Dopiero teraz zauważyła, że to nie jej wzrok szwankuje. Wszystkie elementy, oprócz mężczyzny były wyraźne. Jego twarz, a właściwie całe ciało ciągle zmieniało się, nie pozwalając na zauważenie konkretnego oblicza.

- Wiesz, nie tak sobie wyobrażałam przejście Logrusu, to znaczy Ciebie.
- A co myślałaś? Że jestem jakimś dziwnym labiryntem, że będziesz biegała ciasnymi korytarzami?
- No więc...
- Nic nie mów. Kolor twojej skóry mówi wszystko. Po części masz rację. Samego przejścia nie zapamiętuje prawie żadna osoba. Wymazuję z ich umysłu to wydarzenie i zastępuję je "labiryntem". Tylko dwie osoby wiedzą, jak naprawdę wygląda inicjacja. Dworkin, któremu jako jedynemu udało się mnie oszukać oraz Suhuy, którego sam wybrałem, w celu przeciwstawienia się Dworkinowi, oczywiście.
- Dobrze, ale po co mi to mówisz?
- Wszystkim to mówię. Każdy ma szansę zachować swoje wspomnienia. Jeśli uda mu się przejść inicjację, przekazuję mu swą moc. Jeśli nie, dostaje tylko namiastkę.
- Chcesz powiedzieć, że próbę przeszły tylko dwie osoby?
- Jedna, jeśli nie liczyć Dworkina, który złamał reguły. Dlatego ja postarałem się, żeby został za to ukarany. Brand dał mu nauczkę, chociaż nie chodziło mi o to, co zrobił.
- Brand? Jemu się też udało, prawda? Ale mówiłeś o dwóch osobach.
- Nie wspominając o kilkudziesięciu trupach. Na przykład o Oberonie, jego dwóm najstarszym synom... ale, po co wspominać zmarłych?
- Nie rozumiem. Co sprawia, czy ktoś "przeszedł" albo "oblał" inicjację?
- Gdybym ci powiedział, nie byłaby to tajemnica. Później, później. Teraz chodź za mną.

Lisa wstała, otrzepała ubranie i ruszyła za Logrusem, który aktualnie przyjmował różne formy czworonożne i zdołał już się oddalić na sporą odległość. Szybkim krokiem ruszyła wzdłuż ścieżki, która pojawiła się za Logrusem. Zauważyła, jak niebo ciemnieje. Zaczęło padać. Po kilku minutach ścieżka skręciła na prawo, w stronę rzadkiego, dębowego lasku. Logrus zniknął za drzewami. Lisa ruszyła za nim. Minęła linię drzew...

- Tańczysz znakomicie, Liso- powiedział Martin. Lisa zaczęła się zastanawiać, skąd, do cholery, z polnej ścieżki pojawiła się w sali tronowej Amberu i dlaczego tańczyła z Martinem. I jakim cudem jej ubranie zmieniło się w błękitnofioletową suknię?
- Dziś wszystko jest możliwe- powiedział Logrus, który przybrał teraz twarz Corwina- to twoja noc, a ja jestem twoim towarzyszem. Nie psuj nastroju i ciesz się muzyką.

Nie mając nic do powiedzenia, Lisa zaczęła tańczyć. Na sali byli zgromadzeni wszyscy członkowie rodziny. Żywi i martwi. Grano Ler Chariout, ulubiony taniec jej ojca, z czasów, kiedy jego bracia żyli. I rzeczywiście, Lisa ujrzała Benedykta, tańczącego z jej matką, Sollis. Lady Chaosu w znacznym stopniu przypominała Lisę- była raczej niska, szczupłej budowy, o hipnotyzujących, niebieskich oczach. Tylko włosy się różniły. Lisa nie odziedziczyła tylko wspaniałych, rudych loków Soliis.

- Zdążyłaś już pewnie zauważyć, że zgromadziłem w tej sali wszystkie najważniejsze osobistości ostatniego miliarda lat. Twoim zadaniem będzie wybranie sobie towarzysza, który pomoże ci w przebyciu dalszej części próby.

Na te słowa wszyscy zgromadzeni stanęli w równym rzędzie. Lisa przeszła wzdłuż, przez sekundę zatrzymując się przy każdej osobie. Wszyscy patrzyli na nią beznamiętnym wzrokiem. Następnie podeszła do Logrusu.

- Musisz się starać bardziej. Wybieram oczywiście ciebie.
- Jesteś pierwszą osobą od tysiąca lat, która nie odpadła na pierwszym etapie. Wszystkich poniosły emocje. Bum!- powiedział Logrus i Lisę ogarnęły ciemności.

Z chaosu nieświadomości Lisa została wyrwana głośnym krzykiem. Kiedy otworzyła oczy okazało się, że znajduje się na gladiatorskiej arenie. Wszędzie pełno było ludzi w białych i błękitnych togach. Jakieś małe, może pięcioletnie dziecko pomachało Lisie. Odmachała mu i rozejrzała się po arenie. Po przeciwnej stronie kilka postaci walczyło między sobą- typowi gladiatorzy z sieciami i śmiesznymi trójzębami. Bliżej, niedaleko podwyższenia, na którym siedział sprawca całego przedstawienia, znajdowały się trzy kobiety, każda uzbrojona tylko w sztylet, walczące z lwicą. Choć Lisa nie była ani feministką, ani samarytanką, wstała i zaczęła iść szybkim krokiem w stronę kobiet. Lwica, zauważywszy łatwą zdobycz, rzuciła się na córkę Benedykta. Jeden cios miecza oddzielił jej głowę od reszty ciała. Miłośniczką zwierząt Lisa też nie była. Uśmiechnięta, podeszła do niedoszłych ofiar kocicy.

- Kto urządził tą farsę?- zapytała jednej z kobiet
- Jak to? Nie wiesz, jak się tu znalazłaś? - dziewczyna była przestraszona. Widocznie nigdy nie spotkała się z Amberytką- przecież musiałaś podpisać zgodę na wejście.
- Czyli wy zrobiłyście to dobrowolnie? Dla pieniędzy?
- Oczywiście- odparła inna- jeden dzień na arenie zapewnia dwa lata utrzymania dla dość dużej rodziny. Któż zgodziłby się wejść na arenę za darmo?
- Samobójca. Albo niewolnik.
- Nie...co?- zapytała trzecia kobieta. Lisa dopiero teraz zauważyła, że każda z nich jest bardzo podobna do znanych jej osób. Dara, jej matka, Sollis... trzeciej Lisa nie znała, jednak wiedziała, że zna jej twarz z atutów.
- Nieważne. Chyba już możemy iść. Tamci po drugiej stronie już skończyli.

Rzeczywiście, w momencie, kiedy odwróciły się w tamtą stronę, zobaczyły jednego człowieka, dumnie trzymającego ręce w górze. Chwilę później otwarto bramę i Lisa opuściła arenę. Zaraz przy wyjściu czekał na nią niski, tłusty facet w oblepionej potem todze, który każdej z dziewczyn dał po dwa mieszki z jakimiś monetami. Lisa dostała jeden. Stwierdziła, że nie ma sensu się przekomarzać, więc ruszyła wąskim korytarzem i podeszła do ciężkich, dębowych drzwi. Za nimi, tak, jak się spodziewała, czekała ciemność.

- Bądź Liso, bądź- słowa Logrusu zadźwięczały Lisie w głowie, która zresztą w międzyczasie zdążyła ją rozboleć.
- Co się dzieje? Po raz kolejny pozbawiasz mnie przytomności w tak nieprzyjemny sposób...
- Ty nie straciłaś przytomności tam, na arenie. Ty tam umarłaś. Zgadnij, czyj krzyk tam słyszałaś? I skąd się wziął przy tobie miecz?

Po chwili zastanowienia, Lisa doszła do wniosku, że Logrus może mieć rację. Nigdy nie walczyła tak topornym ostrzem w tak mistrzowski sposób. A obok niej, kiedy wstawała, leżało zakrwawione ciało kogoś podobnego do niej.

- Co to znaczy?
- Nie zdajesz sobie sprawy, kim jesteś. Ty nie jesteś prawdziwą Lisą, lecz jedynie konstruktem, stworzonym przeze mnie z osoby, która zginęła na arenie. Prawdziwa Lisa nie żyje. Nie dałaś sobie rady. Jak wszyscy.
- Chcesz przez to powiedzieć, że jestem tylko kopią? Nie czuję się, jak jakiś klon.
- Znowu to samo. A jak ci się wydaje, jak powinnaś się czuć? Podobnie, jak prawie wszyscy przed tobą, zawiodłaś. Nie oznacza to oczywiście śmierci. Dostarczyłem ci tyle energii, że nie powinno ci jej zabraknąć przez jakieś dwa do trzech milionów lat.. potem będziesz musiała przejść inicjację jeszcze raz. Właściwie nie inicjację, co dostać się do mojego wnętrza.

Logrus wstał. Dopiero teraz Lisa zauważyła jakiekolwiek szczegóły pomieszczenia, w którym się znajdowali. To były Dworce. Pochyły, ognisty sufit, dywan z Pomarańczowych Demonów- Lisie wydawało się, że jest gdzieś niedaleko swoich pokojów. Nie mogła tylko połączyć sali z konkretną osobą.

- Wiesz chyba już zatem, skąd biorą się dwie słabości chaosytów? Ustępujecie umiejętnościami, siła i mocami Amberytom, ponieważ przekazuję wam niedostateczną moc. Wiesz teraz dlaczego u chaosytów zdarzają się śmierci ze starości? Poprzedni cesarz miał lekko ponad dwa miliony lat od ostatniej wizyty u mnie... No i podatność na Wzorzec. On niszczy moją energię, dlatego też płoniecie podczas kontaktu ze Wzorcem. Oczywiście potomków Dworkina toleruje i napełnia ich energią, podczas przejścia. Ale też niszczy was w jakiś sposób, inaczej nie musiałby odtwarzać was po przejściu.
- Czyli nie ma żadnej teleportacji, a jedynie odtworzenie w dowolnym miejscu.
- Dokładnie. Teraz, droga Liso, będziesz musiała na chwilę się odwrócić. Twoje Próba dobiegła końca.

Ciemności kolejny raz objęły Lisę.
"Dworkin! To była komnata Dworkina!"

-Dziękuję Merlinie, bez twojej pomocy nie udałoby mi się ukończyć labiryntu. Nie myślałam, że zmienia się tak szybko. Teraz wiem, co to jest chaos.
- Nie ma za co, Liso. Ja też przez to przechodziłem.